Bezpodstawne obawy

nowydom2

Zawsze martwię się zbyt wiele. Obaw ciągle noszę w sercu zbyt dużo. Domyślacie się zatem pewnie ile zmartwień przyniósł mi ten okołoprzeprowadzkowy czas. „Zmartwień, ale jak to?” – przecież tak się cieszyłam i tyle miałam dobrych myśli w sercu. Bo blisko rodziny, przyjaciół, bo spokojne życie na wyciągnięcie ręki. Ale jedno, jedno tylko spokoju mi nie dawało i sprawiało, że wiele wątpliwości nosiłam w sobie. A mianowicie…

Macierzyństwo.

Takie to już mam szczęście, że życie daje mi w prezencie dobrych ludzi. Na studiach, żyjąc w Warszawie, otoczyło mnie grono ciepłych i życzliwych osób, z którymi po dziś dzień jestem w serdecznych, a nawet przyjacielskich relacjach. I tak to szczęśliwie się stało, że stopniowo, stopniowo, nasze grono koleżanek stawało się jednocześnie gronem mam. Cieszyło mnie to, te relacje nasze: wspólny zawód, więc i wsparcie merytoryczne, „po fachu” i rodzicielstwo, dzieci w podobnym wieku, macierzyńskie wsparcie, rozmowy, spotkania. A te chwile rozmów i spotkań były bardzo ważne. Ważne dla mnie – mamy, ale ważne również dla mojego dziecka. Bo nic tak dobrze nie wpływa na rozwój społeczny dziecka jak kontakt z innymi dziećmi, z rówieśnikami. Warszawskie życie ma to do siebie, że toczy się bardzo szybko, że czas pędzi, ucieka, a dojechać trzeba na inną dzielnicę, a korek niemiłosierny akurat wtedy, gdy dziecko już senne i markotne. Lecz mimo tych trudności i chwil pod górkę, udawało nam się od czasu do czasu spotkać na te nasze mamine pogadanki. I nagle, w tym całym rozgardiaszu, między jedną walizką a kartonem z książkami uświadomiłam sobie, że tracę to, co tak dla mnie cenne. Te spotkania, rozmowy twarzą w twarz, uśmiechy, wspólne chwile… I pytanie, które krążyło mi po głowie to: jak długo będę czekać na takie relacje? 

polnekwiaty

Przeprowadzka w rodzinne strony to był dla mnie powrót nie tylko do rodziny, do znajomych miejsc, ale także do przyjaciół, których zostawiłam wyjeżdżając na studia. Każdy rodzic jednak zgodzi się ze mną, że zupełnie inaczej układają się przyjacielskie relacje z osobami, które jeszcze dzieci nie mają, a z rodzicami innych dzieci. Każda z tych relacji jest równie ważna i potrzebna, ale każdy rodzic, każda mama potrzebuje mieć obok siebie inną mamę, inną bratnią duszę, która zrozumie nieprzespane noce, laktacyjne zawirowania, marzenia o leniuchowaniu cały dzień, która zrozumie skok rozwojowy, niezidentyfikowany płacz dziecka i mnóstwo innych rozterek. Zrozumie, bo doświadczyła tego na własnej skórze.

I tak oto jeszcze końcem listopada otrzymałam wiadomość od pewnej przesympatycznej mamy, mojej serdecznej koleżanki. Wiadomość z zaproszeniem na Mikołajkowy wieczór (o którym przeczytać możecie tu), idealną okazję, by poznać innych rodziców, inne mamy, by miło spędzić czas i wspólnie patrzeć na radość tych Najmniejszych. Jeśli czytaliście ostatni, grudniowy wpis to wiecie już, jak cudownie spędziliśmy ten magiczny wieczór. Jak ciepło było mi na sercu, że zostaliśmy tak mile przyjęci. Zniknęły moje obawy, wątpliwości i bariery. Zrozumiałam, że otaczają mnie wspaniali rodzice, życzliwi i radośni ludzie, cudowne i mądre mamy. Nagle poznałam bratnią duszę, mamę o podobnym charakterze, o spojrzeniu na świat, na życie, na wychowanie. Taką mamę, z którą godzinami rozmawiać mogę i która dwa kroki obok mieszka. Która zrozumie, zmotywuje, wesprze gdy będzie trzeba. Czyż to nie cudowne? Takie życzliwe to życie, dając mi takich ludzi wokół. I to tak szybko!

nowe

Jaka ja niemądra. Tak się martwić niepotrzebnie. Decyzja o życiu tutaj, to był nasz strzał w dziesiątkę! Ale o tym opowiem Wam nieco więcej już niedługo. Obiecuję!

4 Comment

  1. Klara says: Odpowiedz

    Droga Pani Marto lubię wchodzić na pani blog i czytać. Jest to dla mnie forma terapii. Czasami wprost nie wierzę, że można tak spokojnie, cicho, delikatnie iść obok. Ja jestem zupełnie inna. Wiecznie buntuje się filozofuje, najchętniej to zrobiłabym porządek z całym światem. Dlatego na początku kiedy zaczęłam czytać wydawało mi się to takie „mdłe”. Nie pasowało do mnie, do mojego świata gdzie wszystko jest brutalnie rzeczywiste i zawiłe. Zaczęłam czytać, raz drugi kolejny i uspokajało mnie Pani pisanie, spojrzenie na ten cudowny kawałek ziemi innymi oczami. Powrót do wsi nie przyjęłam tak jak Pani z pokorą, a raczej tupałam nóżkami i do dziś tupię. Cieszę się, że są między nami tacy ludzie jak Pani bo czasami ręce opadają kiedy tu tylko materializm dominuje. Godność człowieka liczy się zawartością portfela i pewnie tak samo inteligencje. Dobrze, że są jeszcze ludzie
    , którzy w szary deszczowy dzień malują człowiekowi ogród róż przed oczami. Pozdrawiam.

    1. Marta says: Odpowiedz

      Droga Pani Klaro!
      Niesamowicie dziękuję za ten komentarz, naprawdę. Tak to już jest, że czasem to, co lekko napisane, może wydawać się nieco lukrowe, czasem nawet nierealne, bo jak to tak wszystko się komuś układa. Jakoś tak mam, że wolę dawać innym to, co dobre. Dzielić się tym, co dobre. Ale moje życie również jest bardzo realne, i często bardzo bardzo trudne. Ostatni rok chociażby… jest z jednej strony wyjątkowo piękny, a z drugiej ogromnie bolesny. Więc też zmagam się z wieloma trudnościami. Ale skoro mogę podzielić się jakąś pozytywną myślą, to tak robię. Bo może właśnie takim osobom, jak Pani, będzie to bardzo potrzebne? Bo może ktoś potrzebuje jeszcze raz uwierzyć, że życie może być piękne, może dawać pokój… i że z czasem można się z wieloma sprawami pogodzić, a nawet je polubić.
      To bardzo miłe, że ktoś docenia to, co robię. Nigdy nie sądziłam, że może mieć to wpływ terapeutyczny, ale w takim razie cieszę się ogromnie!
      Życzę Pani, żeby przyszedł taki dzień, w którym pojawi się w Pani sercu zgoda na to, co dzieje się w Pani życiu, ale by jednocześnie wciąż miała Pani w sobie siłę, pragnienie, aby jednak dążyć do tego, by czuć się szczęśliwą i dostrzegać to, co dobre.
      Przesyłam uściski! 🙂

  2. Taka sobie says: Odpowiedz

    Przyznam Ci się, że jestem strasznym tchòrzem. Wszystkim się przejmuję, przeżywam. Potem okazuje się zwykle, że niepotrzebnie się bałam i niepotrzebnie nerwy sobie szargałam. Ale taka już jestem i chyba nie umiem inaczej, na luzie podchodzić do życia.
    Mnie też czeka przeprowadzka, a to obok ślubu, narodzin, czy odejścia bliskiej osoby jeden z najbardziej stresujących momentòw w życiu, więc możesz sobie wyobrazić co aktualnie przeżywam 😉 Życzę sobie, by i dla mnie zmiana miejsca na ziemi okazała się strzałem w dziesiątkę. A dla Was samych szczęśliwych dni.

    PS. Piękna z Ciebie kobieta. Dobre serce widać oczach.

    1. Marta says: Odpowiedz

      Moja Droga, wierzę, że na pewno wszystko ułoży się dobrze. Dla nas przeprowadzka była niesamowicie trudna, szczególnie dla mnie, pod względem emocjonalnym. Mój Mąż nieco krócej mieszkał w Warszawie, ja zbudowałam to już swoją pewną historię. Powrót do rodzinnego miasta to był świetny pomysł, choć na początku nie wszystko było tak, jak sobie wyobrażałam, nadal się docieramy, układamy wszystko, ale już widzę dużo dużo dobra. Jestem pewna, że i u Was tak będzie.
      Ogromne POWODZENIA! 🙂

Dodaj komentarz